Czerwiec 1985 roku, Łódź. Sala egzaminacyjna w prestiżowym liceum o morderczym poziomie. Wokół mnie kłębi się paraliżujący lęk rówieśników, a ja doświadczam czegoś nienaturalnego: absolutnej, głębokiej ciszy. Zostałam sama ze swoim oddechem. Dzisiaj wiem, że to był stan głębokiego flow – moment, w którym umysł idealnie synchronizuje się z przestrzenią.
Przed samym egzaminem przeczytałam wypracowanie koleżanki na jeden, konkretny temat. Poczułam je całym ciałem. Przestudiowałam je i poszłam na egzamin z zuchwałą pewnością: ma być dokładnie ten temat. Nie dopuszczałam do siebie żadnego innego scenariusza. Wiedziałam, że racjonalny świat tak nie działa, ale moje wewnętrzne wiedzenie było silniejsze.
Kiedy rzeczywistość musi się nagiąć
Egzaminator podchodzi do tablicy i zaczyna pisać kredą. Pierwszy temat – to nie ten. W moim brzuchu panuje nienaruszony spokój. Zapisuje drugi – wciąż nie mój. Dalej cisza. Kreda dotyka tablicy po raz trzeci… I na moich oczach pojawiają się dokładnie te słowa, które nosiłam pod powiekami.
Napisanie tego było czystą lekkością. Wynik? Moja praca była tak dobra, że całkowicie zwolniono mnie z egzaminu ustnego. Wszyscy byli w głębokim szoku – łącznie z moją mamą, która uczyła w tej samej szkole i pod której wieczną lupą i presją oczekiwań żyłam na co dzień.
A ja po prostu wiedziałam. Pragnęłam tego jednego scenariusza z tak totalną pewnością, że przestrzeń nie miała wyjścia – musiała się nagiąć do mojej intencji. Tam, jako nastolatka, po raz pierwszy namacalnie dotknęłam tego, czym jest świadome kreowanie rzeczywistości.
Pułapka planu B
Większość z nas przypomina sobie o potędze umysłu dopiero w kryzysie. Zapominamy, że klucz tkwi w jakości naszej uwagi w zwykłym „tu i teraz”.
Istnieje piękna chińska przypowieść o mistrzu, który nigdy nie chybiał. Pewnego dnia stawka była ogromna, a nagrodą miał być drogocenny, złoty puchar. Mistrz tak bardzo zapragnął wygranej, że zamiast skupić się na napięciu cięciwy i tarczy, zaczął w myślach oglądać puchar. Jego uwaga została podzielona. Wypuścił strzałę – i chybił.
Tam, w licealnej auli, ja nie myślałam o nagrodzie. Nie analizowałam, czy się dostanę. Moja uwaga była laserem skierowanym wyłącznie na jedno: na słowa, które miały pojawić się na tablicy.
To nie była nadzieja. To była wiedza. Stan, w którym nie tworzysz w swojej głowie żadnej alternatywy. Bo jeśli w procesie kreacji zaczynasz budować „drugą opcję” i plan awaryjny, automatycznie dzielisz swoją energię życiową na pół. A największą siłę rażenia mamy wtedy, gdy całe pasmo energii płynie w jednym, precyzyjnym kierunku.
Jedna, jedyna opcja
Dzisiaj, w moim życiu osobistym i w moim Bufecie Psychologicznym, idę dokładnie tą samą ścieżką. Kiedy wiem, czego chcę i dokąd zmierzam, idę tam bez oglądania się na boki. Często bywam w swoich przekonaniach samotna, bo w moim bezpośrednim otoczeniu mało kto żyje tą filozofią na co dzień. Ale brak zewnętrznego poklasku nie zmienia faktów: to po prostu działa.
W moim Bufecie pomagam moim klientom dokładnie w tym samym: w treningu ich własnych umysłów. Uczę ich, jak odpuścić neurotyczną kontrolę, przestać asekuracyjnie tworzyć plany awaryjne i wyciszyć głowę.
Bo to umysł jest rzutnikiem, który decyduje o tym, jak wygląda ekran naszej rzeczywistości. Kiedy dasz sobie prawo do tylko jednej, niezłomnej opcji, świat przestanie stawiać opór i dostosuje się do Twojej fali.
A jak to wygląda u Ciebie? Czy pozwalasz sobie na tę jedną opcję, czy wciąż dzielisz swoją energię na plany awaryjne?

