Po historii o sile absolutnej pewności link do tekstu, czas na drugi, zupełnie inny odcień treningu umysłu. Co się dzieje, gdy nie masz w ręku żadnego planu awaryjnego, a rzeczywistość i tak zaczyna z Tobą współpracować?
Żyjemy w kulturze obsesyjnego planowania. Od najmłodszych lat słyszymy pytania o cele, strategie i wizję przyszłości. A co, jeśli najgłębsza prawda o nas rodzi się właśnie wtedy, gdy nie mamy zielonego pojęcia, co ze sobą zrobić?
Moja droga do psychologii zaczęła się od zamkniętych drzwi i lęku przed głęboką wodą. Chciałam iść na fizjoterapię do szkoły policealnej, ale moja mama postawiła warunek: uniwersytet. Tyle że fizjoterapia na ówczesnym AWF-ie wymagała egzaminu z pływania – żywiołu, który mnie całkowicie dyskwalifikował.
Zostałam w ślepym zaułku, bez planu B. Wtedy przyjaciółka rzuciła luźną uwagę: „Zdawaj ze mną na psychologię, i tak nie masz nic do stracenia”. Z braku lepszego pomysłu dałam się ponieść tej fali. Nie miałam pojęcia, że ten pozornie chaotyczny krok właśnie przestawia tory mojego życia.
Przestrzeń, która rodzi się z braku oczekiwań
Do egzaminów uniwersyteckich podeszłam z absolutnym luzem – bo przecież mi nie zależało. Podświadomie uruchomiłam wtedy mechanizm, który jako psycholog zrozumiałam dopiero po latach: stoickie, a w ujęciu transerfingu Vadima Zelanda – radykalne zmniejszenie ważności.
Kiedy zdejmujesz z celu neurotyczne napięcie, w umyśle tworzy się wolna przestrzeń, a rzeczywistość przestaje stawiać opór. Zdałam z lekkością, która zaskoczyła mnie samą. Tylko dlatego, że nie miałam wobec tego wyniku żadnych oczekiwań.
Niedługo później schemat się powtórzył. Mój chłopak (a dziś mąż) rzucił po prostu: „Chodź na trening”. Poszłam na karate tradycyjne z czystych nudów i braku alternatywy, wywołując tym spory protest rodziców.
I to tam, na macie, pośród surowej ciszy i skupienia, wyłonił się brakujący element układanki. Intuicyjnie zrozumiałam, że prawdziwa moc, stabilność i odporność rodzą się z absolutnie spokojnego, opanowanego umysłu. To, co zaczęło się jako bezcelowe wyjście z domu, stało się moim pierwszym, najgłębszym treningiem umysłu. Ziarno zostało zasiane.
Od dryfowania do własnego pionu
Ten początkowy brak planu nauczył mnie zaufania do tego, że życie potrafi nas poprowadzić lepiej niż sztywne założenia. Kluczowe jest jednak, by w tym płynięciu z prądem odnaleźć swój własny pion. Doskonale ujął to Bruce Lee:
„To niezależna, wewnętrzna refleksja jest potrzebna w indywidualnym poszukiwaniu prawdy, a nie zależność od czyichś poglądów czy zwykłej książki”.
Zaufałam tej refleksji. Gdy na studiach przyszedł czas wyboru specjalizacji, powiedziałam na głos: „Wybieram psychologię sportu”. W latach 90. to sformułowanie brzmiało na mojej uczelni egzotycznie – świat akademicki uznawał tylko ścieżkę kliniczną lub wychowawczą. Mój promotor rozłożył ręce: „Pomogę ci formalnie, merytorycznie jesteś zdana na siebie”.
To nie był ślepy upór, była we mnie po prostu absolutna pewność, że chcę tylko tego. Trzy lata później obroniłam pracę magisterską, bo dyscyplina i skupienie umysłu zdjęte prosto z maty – wsparte pełnym zaufaniem do życia – zrobiły swoje.
Umysł jest rzutnikiem
Z dzisiejszej perspektywy widzę, że pójście na studia „dla towarzystwa” czy trafienie na trening z nudów to nie były potknięcia. To były idealne synchroniczności, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym dziś tworzę mój Bufet Psychologiczny.
Dzisiaj pomagam moim klientom dokładnie w tym samym: w treningu ich własnych umysłów. Uczę ich, jak odpuścić neurotyczną kontrolę, przestać kurczowo trzymać się planów i wyciszyć głowę.
Bo to umysł jest rzutnikiem, który decyduje o tym, jak wygląda ekran naszej rzeczywistości. Kiedy nauczysz się nim zarządzać i zdejmiesz z życia paraliżującą presję, ono zacznie prowadzić Cię samo – najwłaściwszą z możliwych ścieżek.
Patrząc wstecz, czuję ogromny szacunek do tamtej zagubionej Pauliny. Dziękuję jej, że nie mając planu na życie, miała w sobie dość przestrzeni, by pozwolić się prowadzić.
P.S. Dyplom z psychologii sportu odebrałam oficjalnie kilkanaście lat później. Ta formalność jedynie przypieczętowała to, co zrozumiałam na samym początku: klucz do wszystkiego nosimy we własnym umyśle. I to nad nim warto podjąć najważniejszy trening w życiu.

