Zapach świeżej bazylii, gęsty gwar i ten specyficzny, włoski pośpiech, w którym rzadko bywa cicho. Siedziałam ostatnio w mojej ulubionej Osteria delle tre sorelle w Rieti – – jeśli będziecie kiedyś w okolicy, wpadnijcie tam koniecznie. Byłam potwornie głodna, a kelner po przyjęciu zamówienia, omijał mój stolik po raz kolejny z prędkością światła. Patrzył gdzieś przed siebie, jakby przestrzeń, którą zajmowałam, była całkowicie pusta.
Sytuacja była banalna. Facet miał po prostu pełen lokal i urwanie głowy. Jednak w mojej własnej głowie? Natychmiast usłyszałam ten cichy, dobrze znany głos, który szepnął: „No tak, ignorują cię. Jesteś nieważna”. Klasyczna kawiarniana drama.
Na szczęście miałam już w sobie tę dorosłą uważność, więc momentalnie to wyłapałam i odrzuciłam. Myślicie, że to koniec? Skądże. Wolna przestrzeń nie trwała długo, bo oto na scenę, z wielkim rozmachem, wyskoczyła ofiara w wersji de lux. Stanęła w świetle jupiterów, poprawiła swoje „rozwojowe” piórka i z pełnym przekonaniem wygłosiła swoją kwestię: „Och, po prostu moje wibracje są dziś tak wysokie, że te proste, ziemskie istoty mnie nie dostrzegają.Musisz obnizyć swoje wibracje do ich poziomu”
Brzmi wzniośle? Być może. Ale umówmy się – to wciąż była ta sama, nudna gra w ofiarę. Tyle że tym razem byłam ofiarą oświeconą, która patrzy na świat z góry i karmi swoje duchowe ego.
A co jeśli istnieje inna możliwość?
Siedziałam tam, w samym środku tego kawiarnianego teatru, czując potworne zmęczenie obiema wersjami samej siebie. Ani foch, ani udawana duchowa wyższość nie zbliżały mnie do tego, po co tam przyszłam: do spokoju i jedzenia.
Rzeczywistość rzadko jest złośliwa, zazwyczaj jest po prostu zajęta. Ten kelner nie ignorował mnie celowo – biegł w transie własnego stresu, który działa jak klapki na oczach. Kiedy dwie osoby kręcą się w tym samym, nerwowym kołowrotku, po prostu się nie widzą.
Zasiadłam więc wygodniej i po prostu odpuściłam. Przestałam walczyć o przetrwanie przy tym stoliku, bez oczekiwań, bez napinania się, żeby mnie wreszcie zauważono. Przypomniały mi się słowa Krishnamurtiego:
„Jak nie wiesz, co robić, to stój i patrz… i oddychaj”.
Wzięłam głęboki oddech i pozwoliłam, żeby to całe napięcie po prostu ze mnie zeszło. Zeszła do swojego wewnętrznego miejsca ciszy.
Kiedy przestajesz szarpać się ze światem, rzeczywistość robi to swoje magnetyczne „klik”.
Świat wokół nagle gubi swój neurotyczny rytm. Kelner, który przed chwilą biegał jak nakręcony, wyrwał się ze swojego transu i zatrzymał w pół kroku. Zupełnie jakby wyczuł, że w tym naelektryzowanym pomieszczeniu pojawił się nagle jeden punkt, który nie rezonuje z pośpiechem. Odwrócił się, napotkał mój wzrok, a na jego twarzy pojawiła się nagła przytomność.
Zniknął na chwilę w kuchni, po czym wrócił prosto do mojego stolika z talerzykiem bruschetty na koszt firmy. Przeprosił za opóźnienie z tak ujmującą, szczerą życzliwością, że całe wcześniejsze napięcie
w ułamku sekundy przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Lustro, które nie kłamie
Nie ma w tym żadnej magii, to czysta psychologia relacji. Nasze napięcie nie kończy się na skórze – emanujemy nim, a inni ludzie podświadomie je wychwytują. Dopóki moja irytacja zderzała się z jego pośpiechem, nakręcaliśmy ten sam chaos. Kiedy zeszłam do poziomu spokoju, stałam się dla niego „zauważalna”. Moja cisza zadziałała jak kotwica, która mimowolnie zaprosiła go do zatrzymania.
Otoczenie to bezlitosne lustro. Z chirurgiczną precyzją odbije to, co aktualnie nosisz w środku. Kiedy odzyskujesz swój pion i stajesz się ucieleśnieniem spokoju, świat zwalnia i po prostu dostosowuje się do Twojego tonu.
Zanim więc wejdziesz w kolejną trudną sytuację i zaczniesz boksować się z otoczeniem, zatrzymaj się na sekundę.
Z jakiego poziomu chcesz dziś rozmawiać ze światem?
Z poziomu swojej walki i napięcia, czy z poziomu wewnętrznej ciszy?
P.S. Następnym razem, gdy życie każe Ci w napięciu na coś czekać – wyłącz reakcję, włącz obecność. Stój, patrz i oddychaj. Zobaczysz, jak szybko otoczenie zmieni zasady gry, kiedy Ty zmienisz swoje.

